Od lat jesteśmy świadkami dziejowej zmiany w motoryzacji, która ma doprowadzić do porzucenia przez producentów koncepcji napędzania samochodów silnikiem spalinowym.

Kiedy w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych przeczytałem w pewnym zachodnim magazynie motoryzacyjnym test Toyoty Prius, która była hybrydą, nikomu się chyba nie śniło, że dwadzieścia lat później będziemy podłączać samochód do kontaktu zamiast jeździć na stację benzynową. Nikomu. Nawet twórcy filmów science fiction wdrażali w swoich wizjach samochody latające, odrzutowe, pływające, ale na prąd? Absurd. Dziś ta wizja, na naszych oczach staje się faktem, który w doskonały sposób może potwierdzić test najlepiej sprzedającego się w europie samochodu elektrycznego – Renault Zoe.

Z pozoru samochód wygląda na typowego przedstawiciela segmentu B, czyli małych miejskich samochodów. Pięciodrzwiowe nadwozie, obła sylwetka i nienachalny styl nie wzbudzają żadnych podejrzeń. Może o to chodzi, bo kiedy widzimy Kię Soul od razu widać, że mamy do czynienia z jakimś ultranowoczesnym żelazkiem. Tu zaś francuska klasyka. Podobnie jest w środku, wóz nie rozpieszcza nas praktycznie żadnym nowatorskim rozwiązaniem. Wszystko zaczyna się po uruchomieniu, gdyż po naciśnięciu przycisku Start rozlega się…. cisza. Dźwignię do zmian przełożeń automatycznej skrzyni biegów ustawiamy na dirve i ruszamy. Towarzyszy temu lekki, ledwo słyszalny świst silnika elektrycznego, tak że jadąc już 50 km/h słyszymy tylko opony i szum powietrza.

Auto prowadzi się bardzo pewnie, czego powodem może być również jego masa – 1550 kg. Tak, baterie potrafią być ciężkie. Nie stanowi to jednak jakiegoś problemu, bowiem silnik elektryczny rozpędza samochód bardzo sprawnie i szybko. O ile nie uruchomimy trybu Eco. Nie róbcie tego, to może grozić nieodwracalną nudą! Na wyświetlaczu głównym mamy informację o prędkości, poziomie mocy w bateriach oraz o tym, czy akurat je zużywamy, czy ładujemy. W ten sposób technologia rodem z Formuły 1 powoduje, że podczas ujmowania gazu i hamowania baterie w Renault są ładowane i jest to już standard w samochodach z napędem elektrycznym.

Wnętrze samochodu nie urzeka ani stylistyką, ani tym bardziej jakością użytych materiałów. A możemy na to patrzeć przez pryzmat samochodu za ponad sto tysięcy. Istotne jednak jest to, że właśnie rodzaj napędu robi tę kolosalną różnicę w cenie. Jestem w stanie się założyć, że gdyby to było auto ze zwykłym silnikiem benzynowym, to jego cena nie przekraczałaby pięćdziesięciu tysięcy złotych i w takim wydaniu nikt nie czepiałby się jakości wnętrza. Wóz nie posiada w standardzie, ani w opcji, reaktora jądrowego (polecam przemyślenie sprawy producentowi), toteż niestety trzeba go ładować. Okazuje się zresztą, że konkurencja ma podobnie 🙂

Wariantów ładowania jest wiele. Możemy zastosować ładowarkę do prądu jednofazowego, czyli – używając zwykłego gniazdka 230V – będziemy ładować auto ok. 15,5 godziny. Jeśli zastosujemy szybką ładowarkę na prąd trójfazowy akumulatory w Zoe zapełnią się już po 1,40 h.

W tym właśnie miejscu wielu z Was zastanawia się, czy taka zabawa w ogóle ma sens. Otóż tak, jeśli założymy, że mamy gdzie podpiąć ładowarkę w domu i mamy dostęp do stacji ładowania w okolicy naszej pracy. W innym przypadku auto ograniczy zarówno naszą autonomiczność, jak i czas. Prawda jest taka, że w odróżnieniu od konwencjonalnego samochodu, jeżdżąc „elektrykiem”, zawsze będziecie z tyłu głowy borykać się z problemami typu: ile jeszcze przejadę i czy mam gdzie załadować baterie. To z pozoru słabe, biorąc pod uwagę, że samochód kojarzy nam się z wolnością i niezależnością, bez znaczenia czy mkniemy Mustangiem przez kanion Colorado, czy ciśniemy Seicento do Tesco po zakupy.

Samochód ma nam dawać autonomiczność! Ale drodzy Państwo, kiedy ponad sto lat temu pierwsi producenci samochodów wypuszczali je na rynek, nie było sieci stacji benzynowych, serwisów i infrastruktury drogowej. Mimo to kilku facetów uparło się, że będą robić rewolucje w transporcie konnym. Teraz jesteśmy w zupełnie innym momencie historii. Samochody mają sens. Mamy drogi, rozbudowującą się infrastrukturę i pomysł na rewolucję w sposobie napędzania pojazdów. Tego nikt już nie zatrzyma, to jest przyszłość!

Kajetan Konarzewski